niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział II cz. I

[Leokadia]
sobota, 12 maja 2012

            Zgodnie z jedną z wielu definicji, szaleństwo to robienie czegoś, czego żaden normalny człowiek by nie zrobił. Szaleniec nie wie, że jest szalony. Według szaleńca wszyscy inni są szaleni, bo nie robią tego samego co on; robią coś, co on uważa za nienormalne, więc są wariatami.
            Błędne koło.
            A jeśli robię coś, co sama osobiście uważam za nienormalne, czy wtedy jestem szaleńcem tylko w swoich oczach, czy także w oczach otaczających mnie ludzi?
            Byliśmy szaleństwem. Bez żadnych granic czy reguł. Bo jak to możliwe, że ośmioro tak różnych ludzi było w stanie spędzić ze sobą blisko tydzień i nie oszaleć? Maja była wiecznym luzakiem. Julia ulotna i piękna niczym rosa na trawie czy tęcza na niebie. Emilia wszystko zawsze wiedziała lepiej, a Anita robiła zawsze wszystko nie tak. Piotr był niczym superbohater, zawsze na każde skinienie, Jakub wręcz przeciwnie, roznosił wszędzie swój irytujący sarkazm. Mikołaj był... Mikołaj był. To wystarczyło. A ja byłam cieniem, który istnieje tylko wtedy, gdy istnieje światło.
            Pamiętam, że gdy byłam mała, świat wydawał się kręcić wokół światła. Ja kręciłam się wokół światła. Jak cień. Światło miało twarz dziewczynki o niezwykle ciemnej urodzie. Gdy Ana siadła na małym stołeczku, jej nogi nie sięgały podłogi, zwisały, a ona nimi machała. Mama przysuwała jej ciężki stołeczek bliżej pianina. Gdy Ana zaczynała grać, świat tracił na znaczeniu. Była światłem, które nagle rozkwitało całą swoją mocą, a ja byłam tylko małym cieniem, który rzucała jakaś nieokreślona wówczas persona, którą wkrótce miałam się stać.
            Mikołaj był światłem. W świetle jego włosy lśniły niczym złoto. W ciemności i w ciągu złych dniach był nadzieją. W samotności był przebłyskiem radości. W życiu dawał mi dziwaczne poczucie bezpieczeństwa, więc trwałam przy nim - nawet do końca nie rozumiejąc dlaczego - bo cień nie istnieje bez światła.
            To jest szaleństwo.
            Moje życie jest szaleństwem.
            Ludzie wokół mnie są szaleństwem. Zlepkiem wykluczających się cech i charakterów, które w jakiś niepojęty przeze mnie sposób funkcjonują razem, niczym plus i minus, na zasadzie wiecznego przyciągania.
            Ja sama również nim byłam. Gdyby miesiąc temu ktoś powiedział mi, że rzucę wszystko - praktycznie z dnia na dzień - i ruszę w świat, trochę ograniczony, bo w końcu to tylko Polska, wyśmiałabym go.
            Nazywam się Leokadia Ratka. Mam dwadzieścia lat. Niecałe. Studiuję medycynę. Mieszkam w Poznaniu. Mam przystojnego chłopaka o imieniu Radek i czarnego kocura imieniem Lucyfer. Moi rodzice są lekarzami. Matka pracuje jako lekarz domowy w naszej rodzinnej, małej miejscowości, mój ojciec jest ordynatorem chirurgii jednego ze szpitali w Poznaniu. Jestem jego ukochaną Lotką, a on jest dla mnie największym autorytetem. Nie mam rodzeństwa, siostra Anastazja zginęła, gdy miałam siedem lat. Moja najlepsza przyjaciółka ma na imię Weronika i jest dla mnie niczym siostra. Nie piję, nie palę, bo to szkodzi zdrowiu, na wakacje jeżdżę z przyjaciółmi, nigdy nie podejmuję pochopnych decyzji, kieruję się zdrowym rozsądkiem, bo to przynosi najlepsze efekty.
            Mam na imię Leokadia. Mówią na mnie Luśka. Jedna osoba od czasu do czasu nazywa mnie Lusią. Nazwisko? Trudno stwierdzić. Po matce Falkiewicz, po ojcu Streich, a tak naprawdę nazywam się Ratka. Studiuję medycynę. Mam dwadzieścia lat bez jednego miesiąca. W dniu urodzin najprawdopodobniej stanę się milionerką. Dwa miesiące temu znalazłam mojego faceta w łóżku z inną. Mam kota z piekła rodem oraz z adekwatnym imieniem Lucyfer. Moja matka nie żyje. Mój ojciec też. Nigdy ich nie poznałam. Zostałam adoptowana przez parę lekarzy z okolic Poznania. Nie wiem, kim był mój ojciec - podejrzewać można nawet, że prowadził nie do końca legalne interesy, skoro w momencie śmierci miał na koncie kilka milionów, które wraz z moimi siostrami odziedziczyłam. I mam siostry. Cztery. Jedna to moja bliźniaczka, pozostałe trzy mają inne matki. Nigdzie nie wspominałam, że mój ojciec był cnotliwy. O matce nie wiem nic. Mój najlepszy przyjaciel ma na imię Mikołaj i ma glejaka. To jeden z najbardziej złośliwych nowotworów, rak mózgu. Czasem się upiję, czasem nie panuję nad tym, co robię, a ostatnio wsiadłam w pociąg i ruszyłam z siedmioma szaleństwami w Polskę. Jestem całkiem normalna. No, może poza tym, że umiem się teleportować. Ale czy to takie dziwne?
- Jestem cieniem - powiedziałam do siedzącego naprzeciw Mikiego. Popatrzył na mnie, nic nie rozumiejąc. - A ty jesteś światłem. Cień istnieje tylko wtedy, gdy istnieje światło - wyłożyłam swoje myśli. Przed Mikim miałam bardzo mało tajemnic.
- Jesteś płomieniem, Lusiu. - Dotknął lekko moich włosów, potem policzka, a w końcu chwycił mnie lekko za brodę i podniósł moją twarz do góry. W moje oczy wlało się światło, oślepiając, a ja wiedziałam, dlaczego to zrobił. - Twoje włosy są czerwone, twoje oczy bursztynowe, czasami masz rumiane policzki. Jesteś płomieniem, a ja jestem światłem. Światło nie istnieje bez płomienia.
            Nigdy nie wiem, jak to możliwe, że Miki każdą moją dziwną, ulotną myśl umie tak doskonale zrozumieć i zinterpretować na swój własny sposób. Oczywiście, obalając moją hipotezę.
            Gdy Mikołaj wskoczył do pociągu jadącego do Warszawy, aby załapać moją najmłodszą siostrę, Julię, i wyznać jej swą dozgonną miłość, nie przewidzieliśmy kilku rzeczy. Po pierwsze - Miki nie miał portfela. Zbyteczna rzecz, po co ją nosić. Na szczęście z telefonu komórkowego nie zrezygnował. Konduktor wcale nie okazał się litościwy, wysadzili go na pierwszej stacji z mandatem w ręce. Na szczęście był to Tczew i na szczęście, Gdańsk posiadał coś takiego jak Szybka Kolej Miejska, która dojeżdżała do Tczewa dwa razy dziennie. Zmuszona byłam więc jechać po niego z portfelem, przywieźć do z powrotem do Gdańska, a dopiero wtedy wrócić do Poznania.
            Oczywiście, nie obeszło się bez awantury. Rodzice Mikiego jakoś tak mniej więcej od naszego pobytu w Warszawie wiedzieli, że ich syna raczej na pewno nie ma w Katowicach. Niestety, kłamstwo, że pomylił pociągi nie przeszło i zmuszony był - przez telefon wprawdzie, ale jego matka potrafiła być naprawdę przekonująca - wyśpiewać całą prawdę, gdzie jest, z kim i co on tak właściwie, do jasne cholery!, tam robi.
            Były zakazy widzenia się ze mną i tym podobne, które - jak sam Miki stwierdził - raczej nie potrwają dłużej niż kilka tygodni. Niemniej nawet te kilka tygodni będzie męczące. Aktualnie Miki robi zakupy w supermarkecie, a to, że nagle znalazł się w moim mieszkaniu to już zupełny przypadek. W końcu jego rodzice nie określili, do którego sklepu ma się wybrać. A na Wildzie także kilka ich było.
            Ale nic nie trwa wiecznie, a zakupy nie mogły się przeciągać już drugą godzinę, więc Miki postanowił wrócić do domu. Proponowałam mu, że mogę go przerzucić do mieszkania, ale odmówił. Nie żeby się bał czy mi nie ufał - Kuba osobiście pomagał mi w opracowaniu współrzędnych pokoju Mikiego. Po prostu nie chciał jeszcze bardziej się narażać, co zapewne by zrobił, gdyby okazało się, że jest u siebie. Chociaż nie używał do tego drzwi frontowych. Stąpaliśmy po niebezpiecznym gruncie i chociaż jedno z nas używało rozumu. Co dziwne, a raczej normalne - był to Miki.
            Robiłam sobie kolację, gdy zadzwonił telefon. Zaprzestałam znęcania się nad pomidorem i pognałam go odebrać. Cóż, nie powiem, abym była specjalnie zadowolona, gdy zobaczyłam, kto dzwoni.
- Tęskniłeś za mną? - zapytałam, zamiast się przywitać jak cywilizowany człowiek.
            Usłyszałam parsknięcie, które próbował zamaskować kaszlem.
- Oczywiście - odpowiedział gładko, myśląc, że mu uwierzę. Nic z tych rzeczy.
            Prawdę mówiąc to było trochę podejrzane. Kuba dzwoni do mnie sam z siebie. Bez powodu. Znaczy się powód zapewne miał i jestem pewna, że niedługo mi go przedstawi, ale mogłam się łudzić jeszcze przez chwilę. Zapewne chce zapytać, co u mnie słychać i wyrazić nadzieję, że podróż powrotna minęła mi szybko i przyjemnie.
- Słuchaj, mam sprawę... - zaczął, a ja automatycznie przestałam dalej śnić na jawie. Uderzyłam czołem w lodówkę. Jak mogłam myśleć, że Kuba chce po prostu pogadać?! - Miśka usiłuje mnie zabić. Rozumiesz, wciąż myśli o Adamie, wkurza się na każdą napotkaną osobę, a na mnie to się chyba naprawdę uwzięła. - Cóż, trudno jej się dziwić. - Może ją gdzieś wyciągniemy, co?
- A dlaczego myślisz, że na moje wyciąganie odpowie?
- W końcu jesteście bliźniaczkami, nie? - W telefonie zaszumiało, gdy Kuba westchnął ciężko w mikrofon. - Może byś wpadła i spróbowała przemówić jej do rozsądku. Martwię się o nią.
            Miałam pozostać nieugięta, ale ostatnie zdanie mnie przekonało. Kuba potrafił być słodki. Zastanowiłam się przez chwilę.
- A może zrobimy tak, że wy wpadniecie do mnie. Przy okazji moglibyśmy wyciągnąć Mikiego i przekonać jego rodziców, że nie jesteśmy zdemoralizowaną młodzieżą, która pali, pije i ma swoją własną plantację marihuany. Mam wrażenie, że takie mają o nas zdanie... Nieco krzywdzące, nie?
- Jasne. Plantacja marihuany jest strasznie nieopłacalna. Już bym wolał przemycać kokainę.
            Boże, widzisz i nie grzmisz. Wystukałam czołem We Will Rock You. Lodówka wyraziła swoją dezaprobatę.
- Luśka, co tak hałasuje?
            Plan opracowany. O dwudziestej pierwszej Kuba wpadnie do mnie z Miśką. Współrzędne miał perfekcyjnie opracowane, co jeszcze sprawdziliśmy. Trochę niepokojące, że tak łatwo jest mnie w stanie namierzyć, ale lepiej, że to on, a nie jakiś szaleniec, który mi się tu teleportuje i będzie usiłował mnie zabić. Ja tymczasem musiałam dokończyć jedzenie kolacji, czasu starczyło mi jeszcze na zerknięcie w książki, ale gdy napotkałam informacje, które muszę przyswoić do poniedziałku - wymiękłam. Nauczę się w niedziele, akurat ją mam wolną.
            O teleportacji powinno się informować. Powinien być jakiś dźwięk, który da mi znać, że nie jestem sama. A tymczasem Kuba z Miśką przyłapali mnie na śpiewaniu razem z wokalistką, która zawodziła w radiu i wcale nie kryli radości. A raczej rozbawienia. Nigdy nie mówiłam, że umiem śpiewać. Rzuciłam w nich ręcznikiem, którym właśnie wycierałam naczynia.
- To do Mikiego, tak? - Kuba odrzucił mi ręcznik, a ja zerknęłam na Miśkę, która z zainteresowaniem patrzyła na kilka par butów znajdujących się na korytarzu.
            Pokiwałam głową, przepchnęłam się do korytarza - drań nie chciał się przesunąć - ubrałam baleriny i byłam gotowa. Miśka zapytała, czy mam jakiś sweterek, więc wróciłam z sypialni z dwoma.
            Najtrudniejsza misja dopiero przed nami. Na odwiedziny u rodziców Mikiego Kuba i Miśka byli podejrzanie chętni, ale jestem pewna, że ich dobre chęci skończą się w momencie dotarcia do bloku, w którym mieszkał chłopak. Zapewne wcisną mnie do windy samą, zamkną drzwi i tyle ich zobaczę. No, może jeszcze zdążą krzyknąć, że poczekają na dole.
            Pomyliłam się. Weszliśmy się w trójkę do windy. Kuba nacisnął wszystkie możliwe przyciski z numerami pięter. Spojrzałyśmy na niego jak na pięcioletnie dziecko, a potem cierpliwie, bez słowa, znosiłyśmy windę otwierającą się na każdym piętrze, zanim nie dotarła na piąte. Zadzwoniliśmy raz i czekaliśmy. Kuba znów wypchnął mnie na przód. Miałam ochotę zepchnąć go ze schodów.
            Cóż, powiedzieć, że tata Mikiego był w szoku, to mało powiedziane. Dochodziła dwudziesta druga, za oknami było już ciemno, na dworze mocno wiało, więc wyglądałyśmy z Miśką jak siedem nieszczęść. Kuba szczerzył się od ucha do ucha, co faktycznie mogło budzić głębokie wątpliwości, a Miki zapewne nie uprzedził nikogo, że będzie miał gości. Z prostego powodu - nie planował gości.
            Siedzieliśmy przez chwilę w kuchni. Jeśli mama Mikiego była zaskoczona, to doskonale to maskowała. Miki wręcz przeciwnie - zarażał wszystkich swoją radością i po pewnym czasie ona też nam się udzieliła. Uśmiechaliśmy się sami do siebie, jakby wszystkie problemy rozwiały się przez wiatr szalejący za oknami. Miśka i Kuba opowiedzieli nieco o sobie, a potem wdali się z ojcem Mikiego w dyskusję o polskiej muzyce, której on także był wielkim fanem. Widać Mikołaj odziedziczył jego gust muzyczny i od razu włączył się do rozmowy, gdy tylko usłyszał, o czym rozmawiają. Patrzyłam na całą czwórkę, czując na sobie wzrok mamy Mikiego. Zapewne chciałaby móc po prostu mnie zamordować za ten strach, który jej napędziłam przez majówkę. Można stwierdzić, że uprowadziłam jej syna (dwumetrowego nastolatka jednak da się porwać), a potem na tydzień zniknęłam w wielkim świecie.
            Wstała i pokręciła się przez chwilę po kuchni, przestawiając niektóre rzeczy. Umyła swoją szklankę od herbaty, wytarła ją, a potem - nadal trzymając w dłoniach mokry ręcznik - wyszła z pomieszczenia i skierowała się korytarzem w kierunku pokoju Mikiego, znikając za ścianą. Siedziałam przez dwie minuty, obserwując zażartą dyskusję na temat wyższości Budki Suflera nad Lady Pank, a potem westchnęłam ciężko i postanowiłam w końcu odbyć tę rozmowę.
- Idę do łazienki - rzuciłam cicho w kierunku czterech osób, ale nikt mnie nie usłyszał. Zapewne też nie zauważył, że wyszłam z kuchni.
            Nie było jej w pokoju Mikiego. W łazience także było ciemno. Podeszłam do trzecich drzwi, niepewna, nie wiedząc, co tam zastanę. Były uchylone, więc podeszłam i pchnęłam je delikatnie. Nie wiem, co mnie tak przerażało w tym pokoju. Wyglądał normalnie, duży, płaski telewizor, jasna meblościanka i wiśniowa kanapa. W fotelu pod oknem siedziała mama Mikiego. Uderzyło mnie to, jak bardzo Miki był do niej podobny.
- Przepraszam - powiedziałam na początek, opierając się ramieniem o futrynę. Dobrze było zacząć od tego słowa, może reszta rozmowy wjedzie na przyjemniejsze tory. - To mnie powinna pani winić za tę wycieczkę po Polsce a nie Mikołaja. To ja go do tego namówiłam. - Kłamałam, ale to tylko dla dobra Mikiego. Może w ten sposób przestaną być na niego tacy źli. Lepiej, aby winili mnie niż jego.
- On twierdzi, że nie miałaś o niczym pojęcia, zanim nie zobaczyłaś go w szpitalu. Sam to wszystko zaplanował, ty go o to nie prosiłaś. I że jak chcę być na kogoś zła, to powinnam na niego.
            Wywróciłam oczami i wiedziałam, że kobiecie to nie umknęło. Wzdychając, weszłam do pokoju i usiadłam na kanapie. Przez chwilę milczałam, zastanawiając się, czy utrzymywać swoją wersję, czy spróbować w zupełnie inny sposób. Wzruszyłam ramionami i zrobiłam niewinną minę.
- Tak, to prawda... - powiedziałam cicho, wbijając wzrok w telewizor. - Ale nie kazałam mu wracać do domu. Prawdę mówiąc byłam szczęśliwa, że to zrobił. Najpierw myślałam, że państwo mu na to pozwolili, dopiero we Wrocławiu, gdy się okazało, że... po prostu uciekł z domu. Trochę się pokłóciliśmy, ale wciąż nie chciałam, aby wrócił do domu. Był jedyną osobą, którą znałam, dodawał mi otuchy. Jestem egoistką. Nie pomyślałam o tym, co państwo tu przeżywają. Ale byłam kompletnie zagubiona, w ciągu tygodnia dowiedziałam się, że jestem adoptowana, mam cztery siostry, które poznałam, oraz że wcale nie urodziłam się w Poznaniu tylko w Gdańsku... - Jest źle, zaczęłam się tłumaczyć. Jest bardzo źle. Zaczęłam przeklinać w myślach, co mi się wcześniej nie zdarzało.
- Leokadio, nie winię cię za to, że Mikołaj zniknął z domu na tydzień. - Co? Chyba zgubiłam gdzieś po drodze kawałek zdania, bo to brzmiało niedorzecznie... dobrze? - Nie jestem na ciebie zła. Ani na niego. Byłam zła, ale dlatego, że Mikołaj nic mi nie powiedział. Kiedyś dzielił się ze mną i swoim ojcem wszystkim.
- Jestem pewna, że nie chciał mieć przed panią sekretów. - Poczułam potrzebę usprawiedliwienia Mikiego. Usiłowałam wymyślić, jak obalić jej tezę, że Miki się od nich oddalił przeze mnie, bo tak rozumiałam to, co powiedziała. - Tylko nie powiedział państwu, bo...
- Bo bał się, że się nie zgodzimy, a to by oznaczało, że nie mógłby jechać z tobą - dokończyła za mnie. Otworzyłam oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, jaki osiągnęłam efekt. Przeciwny od zamierzonego. Postanowiłam szybko zmienić temat.
- A pozwoliliby mu państwo jechać? - zapytałam szybko, zanim zdążyłaby dodać coś jeszcze bardziej pogrążającego mnie.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze, patrząc mi w oczy. Miałam gęsią skórkę - patrzyły na mnie oczy Mikiego. Identyczne. - Ale Mikołaj zazwyczaj robi co chce, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że i tak by pojechał.
            Uśmiechnęłam się mimowolnie na to stwierdzenie. Dotychczas myślałam, że to jego rodzice są tacy beztroscy, a to chyba jednak Miki owinął ich sobie tak wokół palca, że na wszystko się zgadzali. Zapamiętałam, aby go o to zapytać, gdy tylko nadarzy się okazja.
- Miki, to jest Mikołaj... - Poprawiłam się szybko, ale kobieta i tak uśmiechnęła się szeroko. Odetchnęłam z ulgą. - Opowiadał pani cokolwiek o wyjeździe?
- Pytasz, czy opowiedział mi o twojej najmłodszej siostrze? - Uniosłam brew, patrząc na nią z zainteresowaniem. Pomyśleć, że to dla mnie obca osoba, a wie, o co chcę zapytać, zanim jeszcze zadam to pytanie. To trochę niepokojące. Widać Miki odziedziczył po niej zdolność czytania mi w myślach, bo jemu też się zdarzało wyprzedzać moje myśli.
- Julia to wspaniała dziewczyna - zaczęłam, biorąc kolejny oddech, aby móc się rozkręcić w opisywaniu Julii w samych superlatywach. - Nie znam nikogo bardziej dobrego dla innych niż ona. No, może Mikołaj. To bardzo religijna dziewczyna. - Zazwyczaj religijność jest zaletą dla przyszłej teściowej, więc postanowiłam o tym wspomnieć. Chyba że przyszła teściowa jest ateistką jak moja mama, wtedy robi się problem. - I taka ładna. Miki jest w niej zakochany. A myślę, że odległość też nie jest problemem, Julia będzie do mnie często przyjeżdżać i...
- Wątpię, aby Mikołaj był w niej zakochany - wtrąciła mi kobieta. Otworzyłam usta, ale szybko się zreflektowałam i zapytałam głupio:
- Słucham?
            Odpowiedzi nie uzyskałam, bo przerwało nam chrząknięcie. Podniosłyśmy obie wzrok, jakby przyłapane na ściąganiu na klasówce. W drzwiach stał Mikołaj i przyglądał nam się z nieodgadnioną miną.
- Wpadliście ot tak, czy Kuba miał jakieś plany? Bo od dwudziestu minut zawzięcie pisze z kimś SMSy, więc... Nie musicie już wracać?
            Mieliśmy plany. Jasne że je mieliśmy. Gdy Kuba zadzwonił do mnie po południu, ustaliliśmy, że wybierzemy się gdzieś na miasto wieczorem. Nie ustaliliśmy gdzie i pewnie to się nie zmieni. Wcale się nie zdziwię, jak spędzimy noc na włóczeniu się ciemnymi uliczkami i unikaniu innych takich zaginionych grup jak nasza.
            Nie wierzyłam, że pójdzie tak łatwo. Ale Miki słyszał jedynie, że ma wrócić kiedyś. Najpewniej chodziło, aby wrócił przed świtem, ale kto wie. Spodziewałam się nieskończonej ilości pytań o to, kim jesteśmy i co zamierzamy robić, ale - choć jego mama najpewniej zamierzała nas wypytywać - jego ojciec pozwolił mu wyjść. Uśmiechnął się do mnie przed wyjściem, a ja z trudem odwzajemniłam ten gest. Uświadomiłam sobie, że pozwalają mu na to wszystko, bo od lat boją się, że kiedyś on odejdzie, a oni będą mieć wyrzuty sumienia, że czegoś mu zabronili i Miki nie zdążył wszystkiego przeżyć. Z każdą kolejną myślą miałam wrażenie, że zaraz pęknie mi serce.
            Wiatr huczał między blokami, a drzewa szeleściły głośno liśćmi. Pobiegliśmy złapać jakiś tramwaj, aby wydostać się stąd i dotrzeć do centrum. Przyjechała czternastka, w którą wsiedliśmy i przejechaliśmy dwa przystanki, aby wysiąść na Moście Teatralnym. Rozejrzeliśmy się, patrząc na siebie i uśmiechając się. Choć prawdę powiedziawszy uśmiechałam się głównie do Mikiego, a Kubę omijałam wzrokiem. Miśka wydawała się być nieco naburmuszona, więc nie zdziwiło mnie, gdy przeszukała kieszenie kurtki Kuby, wyciągnęła papierosa z paczki i oddaliła się, aby zapalić. Spojrzeliśmy na siebie z Mikołajem. Po chwili zostałam złapana za rękę i pociągnięta do tyłu. Obejrzałam się i rzuciłam Kubie mordercze spojrzenie, wyrywając mu rękę.
- Zabieraj łapska! - zawyłam jak opętana, uciekając od niego i stając koło Mikiego.
            Kuba przyjrzał mi się krytycznie. Potem zerknął na Miśkę, która nie zwracała na nas uwagi, a następnie wymienił krótkie spojrzenie z Mikim. Wydawało mi się, że w jego głowie zachodzą jakieś skomplikowane procesy myślowe. Czekałam, aż czaszka zacznie mu dymić. Aż przesunęłam się o metr w lewo, aby dojrzeć ją w lepszym świetle. Musiałam mieć dziwny wyraz twarzy, bo Kuba zmarszczył brwi i zapytał:
- Co ty odpierdalasz?
            Uniosłam brew i ugryzłam się w język, aby tego nie skomentować.
- Przydałby ci się alkohol. Nam wszystkim.
            Nie wiem, co było gorsze. To, że w końcu i tak wszyscy byliśmy pijani. Ja pewnie najbardziej. U chłopców to się jakoś lepiej rozłożyło, a Miśka miała mocniejszą głowę. Czy może fakt, że Miki pił z nami, choć był nieletni. A może to, że piliśmy wódkę z małych butelek ukradkiem w miejscu publicznym, za co grozi mandat? Krztusiłam się strasznie po kilku takich łykach z gwinta. A może jeszcze gorsze jest to, że goniliśmy się między drzewami, krzyczeliśmy jak wariaci o pierwszej w nocy przed Teatrem Wielkim i tańczyliśmy do jakiejś niesłyszalnej muzyki? Albo coś jeszcze innego - pijana spędziłam pięć minut w ramionach Kuby, bo on ubzdurał sobie, że teraz tańczymy do jakiejś wolnej piosenki.
            Obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię. Ale do końca nie wiem, którą rzecz miałam na myśli.